Paweł Grzelak: Zawsze będę wspierał ten Klub i zawsze będę miał go w sercu [wywiad]

Paweł Grzelak po trzynastu sezonach reprezentowania barw Azotów-Puławy odchodzi z Klubu i kończy sportową karierę. Obrotowy jest wychowankiem puławskiego Klubu, czterokrotnym brązowym medalistą, ostatnio pełnił rolę kapitana zespołu. Przez wiele lat łączył profesjonalne treningi z „normalną” pracą. Jak tego dokonał? Jak trafił do drużyny? Który sezon wspomina najlepiej? Z którymi zawodnikami utrzymuje kontakt do dziś? Zachęcamy do przeczytania wywiadu.

Twoja przygoda z piłką ręczną rozpoczęła się dosyć późno, bo dopiero w wieku 20 lat. Czy miałeś wcześniej styczność z tym sportem?

Paweł Grzelak: Tak, z piłką ręczną miałem styczność od gimnazjum. Gdy skończyłem gimnazjum, złożyłem papiery do popularnej „Piątki” – Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 2 im. F. D. Kniaźnina o profilu piłki ręcznej. Niestety się nie dostałem… większość uczniów i tym samym zawodników przechodziła bezpośrednio z gimnazjum do liceum. Było tylko sześć wolnych miejsc, a nas na boisku na testach było około sześćdziesięciu i niestety się nie udało.

Uprawiałeś jakieś inne dyscypliny sportu?

Wcześniej grałem w piłkę nożną w miejscowości, z której pochodzę, w drużynie KS Wola Czołnowska. Byłem bramkarzem. To był rodzinny klub, graliśmy w klasie B.

Więc nie pochodzisz z Puław?

Pochodzę z Woli Czołnowskiej, to taka mała wieś niedaleko Baranowa. Większość swojego życia spędziłem jednak w Puławach. Chodziłem do liceum w Puławach i tuż po zakończeniu edukacji w szkole zamieszkałem tu na stałe. Pracuję także w Zakładach Azotowych.

Czy od początku grasz na pozycji obrotowego?

Tak. Od momentu, kiedy zostałem zauważony przez prezesa Witaszka, trenerzy ustawiali mnie na kole. Z moimi warunkami fizycznymi – jestem duży i ciężki – ta pozycja była dla mnie idealna. Nigdy nawet nie myślałem o tym, żeby spróbować swoich sił w innym miejscu na boisku.

Co Twoim zdaniem jest najtrudniejsze w grze na tej pozycji lub czego najtrudniej było Ci się nauczyć?

Na początku najtrudniejszym elementem było dla mnie łapanie piłki. To było moje pierwsze zadanie po dołączeniu do zespołu, bo nigdy wcześniej nie miałem styczności z umiejętnością właściwego chwytania piłki. Zasłony też były skomplikowane. Musiałem nauczyć się, jak wykonać ją prawidłowo, by zawodnik z rozegrania mógł oddać rzut na bramkę. Co jest jeszcze sprawiało trudność? Na pewno potrzeba dużo siły, wytrwałości i opanowania. Należy uświadomić sobie i mieć w głowie, że to tylko sport, nie dać się sprowokować, gdy się stoi na kole, a zawodnicy Cię przepychają i szarpią za koszulkę.

Z Azotami-Puławy jesteś związany od 2007 roku. Opowiedz proszę, jak trafiłeś do drużyny?

Gdy zacząłem pracę w Zakładach Azotowych, dowiedziałem się, że organizowane były spartakiady międzywydziałowe w różnych dyscyplinach sportu. Mecze graliśmy w tej samej hali, w której trenowali szczypiorniści Azotów-Puławy. Tak się złożyło, że wchodziliśmy na boisko zaraz po treningu Azotów. Na trybunach po zajęciach piłkarzy ręcznych został prezes Witaszek i ówczesny trener Azotów, Giennadij Kamielin. Pamiętam, że graliśmy wtedy w dwa ognie. Prezes i trener mnie wypatrzyli – zobaczyli na boisku takiego dużego chłopaka i postanowili później do mnie podejść. Prezes zapytał, czy nie chciałbym przyjść na trening piłki ręcznej i spróbować swoich sił w tym sporcie, zacząć regularnie trenować. Następnego dnia pojawiłem się na treningu i tak już zostało.

Planowałeś karierę sportowca?

Nie planowałem. Początkowo grę w piłkę nożną traktowałem jako hobby, sposób na utrzymanie aktywności fizycznej. Jeden trening tygodniowo, w weekendy mecze. W momencie, kiedy zacząłem trenować piłkę ręczną i zajęcia odbywały się codziennie, albo nawet dwa razy dziennie, pomyślałem, że zaczyna się to rozwijać w dobrym kierunku. I tak właśnie krok po kroku ta przygoda się rozwijała.

Przez lata skutecznie udawało Ci się łączyć pracę, studia i pomoc rodzicom z profesjonalnymi treningami, wyjazdami na mecze. Jak tego dokonałeś? Ciężko było to wszystko połączyć?

Było bardzo ciężko. Początkowo w Grupie Azoty pracowałem na zmiany. Było tak, że przychodziłem na trening, po treningu szedłem do pracy na nockę od 22 do 6 rano i stamtąd jechałem na studia. Po zajęciach na uczelni wracałem na popołudniowy trening, potem zmiana nocna w pracy i następnego dnia czekał mnie kolejny dzień na studiach. Pochodzę ze wsi i na początku, kiedy nie miałem jeszcze mieszkania w Puławach, do tego wszystkiego dochodziło jeszcze codzienne pokonywanie 24-kilometrowej trasy do rodzinnego domu. Zdarzało się też tak, że wychodziłem z pracy o 14:00, jechałem do domu do rodziców, pomagałem im przy gospodarstwie i przyjeżdżałem na trening do Puław. Bywało ciężko, ale jakoś się udawało. Jak to mówią – jak się chce, to wszystko można, zawsze znajdzie się jakiś sposób.

Pojawiały się jakieś problemy z tym związane – brak zrozumienia wśród kolegów, trenerów, pracodawcy?

Na kolegów z drużyny zawsze mogłem liczyć. Dużym problemem było to, że bardzo rzadko widywałem się z moją partnerką, teraz już żoną. Musieliśmy sobie uświadomić, że profesjonalny sport na najwyższym poziomie wymaga przede wszystkim ciężkiej pracy podpartej wieloma wyrzeczeniami. Codzienne treningi, do tego praca, studia pochłaniały tak wiele czasu, że tych chwil na odpoczynek, czy spędzenie ich z drugą połówką było naprawdę niewiele.

Z pracodawcą przez te wszystkie lata nie miałem problemów. Potrafiłem pogodzić pracę z treningami.  Trenerzy także byli wyrozumiali. Wszyscy w klubie wiedzieli, że mam tę pracę, a treningi, na których nie mogłem być, zawsze starałem się odpracować.

A jak było w przypadku obozów, na które jeździliście w okresie przygotowawczym?

W  Zakładach Azotowych dostawałem wtedy bezpłatny urlop, nigdy nie stwarzano mi żadnych problemów. Na obozy w okresie przygotowawczym w lipcu lub sierpniu jeździłem zawsze. Były to bardzo ważne wyjazdy, gdzie trenowaliśmy dwa lub nawet trzy razy dziennie, żeby jak najlepiej przygotować się do sezonu. Dawałem z siebie wszystko. Potem przychodził wrzesień, ilość treningów ulegała zmniejszeniu praktycznie do jednej jednostki. We wtorki i czwartki mieliśmy rano zajęcia na siłowni, które odpracowywałem przed popołudniowym treningiem w hali sportowej. Przychodziłem wcześniej, odrabiałem poranną siłownię i dopiero szedłem na ten właściwy trening.

Pamiętasz swój debiut w Superlidze?

Oj… szczerze mówiąc nie pamiętam. Na pewno na początku nie grałem zbyt dużo. Wchodziłem na boisko na jakieś pięć, może dziesięć minut. Później tego czasu na boisku dostawałem więcej.

Masz jakieś najlepsze wspomnienie związane z zespołem, mecz/sezon/wydarzenie, które najbardziej utkwiło Ci w pamięci?

Na pewno było to zdobycie pierwszego medalu w Puławach. Po tylu latach grania tutaj i oczekiwania na medal, w końcu się udało. Aż łzy cisnęły się do oczu. Naprawdę było to niesamowite wydarzenie i myślę, że to najbardziej utkwiło mi w pamięci. Mieliśmy wtedy bardzo fajną ekipę i super atmosferę. Ludzie skazywali nas na pożarcie przed decydującymi meczami, a my walczyliśmy do końca i to się opłaciło.

A jakieś wspomnienie, wydarzenie związane z kibicami?

Bardzo miłym zaskoczeniem było to, że w dniu ślubu przed domem weselnym przywitał nas klub kibica z racami i flagami. Kibice w Puławach są fantastyczni! Przez te wszystkie lata jeździli za nami na mecze wyjazdowe, witali nas jak wychodziliśmy z hali, z każdym przybijali piątki. Tak samo zachowywali się po meczach w Puławach, przybijaliśmy piątki. Zawsze nas wspierają, są mili i życzliwi. Na trybunach panuje bardzo dobra atmosfera, a wsparcie kibiców czuć na parkiecie.

Miałeś propozycje reprezentowania barw innych klubów, polskich lub zagranicznych?

Były dwie takie propozycje, jedna z polskiego klubu, a druga z zagranicznego. Oferta z zagranicznego klubu nie była z ekstraklasy, tylko z niższej ligi. Nie chciałbym zdradzać jakim konkretnie drużynom odmówiłem.

Czy w trakcie swojej kariery miałeś jakieś poważniejsze kontuzje, chwile słabości, zwątpienia? Jak sobie wtedy poradziłeś?

Niestety miałem poważniejsze kontuzje. Już na początku swojej kariery zerwałem więzadła w kolanie i konieczna była operacja. Kontuzja wykluczyła mnie z treningów na pół roku. Miałem obawy, czy wrócę do pełnej sprawności i nic mnie nie będzie bolało. Druga poważniejsza kontuzja i wiążąca się z tym operacja, to uszkodzenie barku i również około półroczna przerwa. Zawsze po takich kontuzjach jest jakieś zwątpienie, czy organizm będzie funkcjonował tak samo, jak przed urazem. Na szczęście udało się powrócić do sportu, miałem dobrą opiekę medyczną, rehabilitację. Ważne jest też pozytywne nastawienie.

Przez te kilkanaście lat przez drużynę przewinęło się mnóstwo zawodników i na pewno zawiązałeś wiele znajomości i przyjaźni, które trwają do dziś. Który sezon, pod względem atmosfery, wspominasz najlepiej i z którymi zawodnikami utrzymujesz kontakt do dnia dzisiejszego?

Na pewno dobre kontakty utrzymuję z Mateuszem Kusem, Przemkiem Krajewskim, Krzysiem Tylutkim, Grzegorzem Gowinem. W każdym sezonie poznałem kogoś, z kim dobre relacje utrzymuję do dziś. Oczywiście wszyscy zawodnicy byli fajni i z każdym miałem dobre kontakty, ale ten sezon z Mateuszem Kusem i Przemkiem Krajewskim wspominam najlepiej. Wiadomo, że teraz także mam świetne relacje z Mateuszem Seroką, Rafałem Przybylskim, Michałem Szybą i resztą ekipy. Każdy z nich jest dla mnie bliski i na pewno łezka w oku się kręci, kiedy ktoś odchodzi z klubu i przestaje się go widywać, a spotykaliśmy się codziennie w szatni, rozmawialiśmy i spędzaliśmy razem czas.

Właśnie, jak to jest, że Wy sportowcy widujecie się praktycznie codziennie na treningach, a bywa też tak, że spotykacie się poza halą sportową, czy nawet spędzacie ze sobą wakacje. Nie macie siebie nawzajem dość?

Jak się wraca do treningów po wakacjach, to fajnie jest się spotkać z kolegami z drużyny, z którymi widywało się codziennie i porozmawiać o tym, jak spędzili swoje urlopy. To jest tak, że człowiek się po prostu przyzwyczaja do tych osób. Rozmawiałem kiedyś z żoną i powiedziałem jej, że częściej widuję się z chłopakami z drużyny i więcej czasu spędzam z nimi, niż z własną żoną. Na pewno przychodzi też taki moment na koniec sezonu, że mamy siebie nawzajem dość, następuje przesyt tych znajomości. Nie jest to oczywiście nic złego, ale nazwałbym to takim zmęczeniem, że ciągle widzimy te same twarze.

Zmieniali się zawodnicy, zmieniali się także trenerzy. Z którym trenerem najlepiej Ci się współpracowało, miał na Ciebie największy wpływ i najbardziej pomógł Ci się rozwinąć?

Myślę, że najbardziej rozwinąłem się u Dragana Markovicia. Na pewno miał inne podejście, wprowadzał dużo nowych ćwiczeń, z którymi nigdy wcześniej nie miałem styczności. Był bardzo wymagający i duży nacisk kładł na pracę obrotowych. To był sezon, kiedy na kole grałem razem z Mateuszem Kusem. Po tej pracy, którą wykonaliśmy pod okiem Dragana Markovicia, Mateusz został zauważony w Kielcach, dokąd potem trafił.

Jesteś jednym z zawodników z najdłuższym stażem w klubie. Bywały zarówno dobre, jak i trudne momenty. Jak z perspektywy gracza możesz ocenić rozwój pod względem sportowym i organizacyjnym Azotów-Puławy?

Przez te wszystkie lata klub bardzo mocno się rozwinął. Jak przychodziłem do drużyny w 2007 roku, zajmowaliśmy wtedy niższe miejsca w tabeli. Z roku na rok klub był sukcesywnie budowany w taki sposób, żeby walczyć o medale. Udało się to osiągnąć i zdobyliśmy długo wyczekiwane medale. Teraz przyszedł słabszy okres, ale myślę, że nie jest to wina organizacyjna. Jakoś tak się złożyło, że nie zdobyliśmy tego medalu. Widać jednak, że z perspektywy lat klub rozwija się coraz bardziej na każdym kroku.

Żałujesz trochę, że to już koniec Twojej kariery sportowca i odwieszasz już buty na kołek?

Na pewno trochę żałuję. Zawsze jednak będę wspierał ten klub i zawsze będę miał go w sercu.

Czy w jakiś sposób wiążesz swoją przyszłość z klubem?

Jeszcze jest trochę za wcześnie, żeby o tym na gorąco mówić. Na pewno zostaję w Puławach. Zbudowałem dom pod Puławami, więc zostaję tu na stałe. Mam niedaleko do nowej hali sportowej i na pewno będę przychodził na mecze. Będę także kontynuował pracę na Zakładach Azotowych. Chciałbym też jeszcze uprawiać jakąś aktywność fizyczną, bo tego na pewno będzie mi brakowało. Może uda się też w jakiś sposób pomagać w klubie -mamy nową, piękną halę, więc trzeba będzie pomyśleć, jak przyciągnąć kibiców na trybuny.

Nie myślałeś o tym, żeby po zakończeniu kariery sportowca zostać na przykład trenerem?

Nie wiem, czy odnalazłbym się w takiej roli. Kończyłem studia pedagogiczne, więc miałem styczność z dziećmi, ale uważam, że nie jestem zbyt stanowczy i charyzmatyczny, żeby zostać trenerem. Wolałbym chyba pracę nauczyciela, ale nie wiążę z tym przyszłości. Jak już wspominałem, mam dobrą, stabilną pracę w Zakładach Azotowych i to z tą posadą wiążę przyszłość.

~PL~